Poniższe teksty pojawiły się na łamach Dolnośląskiego Rocznika Literackiego „Pomosty” (wydanego przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, oddział Wrocław). Numer 2013 / XVIII.
MŁYŃSKA 6 – SEN TRZECI
To zdarzyło się trochę później.
Mam na myśli CośCoPrzypominaNieoczekiwaneZjawisko. Trzeba było długo czekać. Trzeba było najpierw wyjąć z ula wszystkie miodowe plastry, a pszczoły na powrót pozamykać w kwiatowych kielichach, tak, aby nie wystawała najmniejsza kosmata noga. Pamiętam jak gładziłeś je po rdzawej sierści i zasklepiałeś każdej z osobna senne, zasnute miodem oczy. Mgła była wtedy nisko nad ziemią, nasze stopy zapadały się gdzieś pod obłokami, pod miękkimi skrzydłami ptaków, tam gdzie trzymałeś drożdże. Trzeba było ogrzać kruszejące na mrozie trawy i zdmuchnąć szron z zapatrzonych w siebie liści.
Ciasto rosło aż piszczały w ogrodzie dmuchawce, jedne za drugim wysypywały się z pieca, wpływały do pokoju, nie oszczędziły nawet omszałego ze starości dywanu. Dwie kobiety patrzyły wtedy na swój pieczołowicie tkany wyblakły od słońca pejzaż, nieruchome w swoich zastygłościach, nie mogące nawet ruszyć różową powieką, żaden szmer nie zakłócił ciszy gdy zdejmowałeś je ze ściany. Uśmiechałeś się dotykając pluszowych ram, wplatając palce w pełną ciasnych supełków wełnistą rzeczywistość. Zanieśliśmy je na werandę – to było najlepsze wyjście, babie lato zlepiało już wtedy oczy; zależało mi na tym, aby znaleźć się na zalanym słońcem skwerze, usłyszeć cichy szmer fontanny, zaczepić na szczycie najdostojniejszej kościelnej wieży lepką od słodyczy chorągiewkę.
Czy nie lepiej wydmuchiwać bańki przez szklaną słomkę? To dobre na porost nosowych połaci skóry, które zresztą przemywa się ciepłym mlekiem – spróbuj złapać wiatr, to trudniejsze od przyczepiania szpilką papierowych obłoków. Biegliśmy przez zakurzone mysie ścieżki, nie chcąc jednak zbudzić nikogo z zimowego snu. Słońce codziennie trochę dłużej ogrzewało ich twarze, niektórzy nawet zapuścili już pędy. Widziałam jak marszczysz nos i zaglądasz pod każdą paproć, nie znaleźliśmy jednak kwiatu.
Może przyszłej wiosny – szepnąłeś rozdmuchując z pomiędzy kartek zeszłoroczne różane płatki. Milczałam układając bukiety z pachnących skowronkami ziół jeden za drugim, a księżyc zjadał je jeden po drugim
To prawie piosenka – uśmiechnąłeś się – czemu nie zerwaliśmy jeszcze wiśni, konfitury nie mogą czekać zbyt długo.
– Wszystkiemu winne te złote obrusy, za dużo przy nich koronkowych nici, zasnuły cały dom, nawet świerszcz nie mógł się przecisnąć i musiałeś dokarmiać jego dzieci po jednym ziarenku cukru na głowę…
To było dawno. Teraz zaśpiewaj – poduszki posłusznie ułożyły się na ciekawskiej sofie, zapach pierza i startej skórki cytrynowej sprawił, że powieki stały się ciepłe. Na strychu dojrzewały orzechy, wystarczyło nasypać ich do wiklinowego kosza – Przecież nie mamy dziadka – szepnąłeś ze smutkiem – jajka trzeba trzymać w piwnicznym chłodzie, najpiękniejszy zapach to tłuczone ziemniaki z otrębami, pamiętasz nasze jaskółcze gniazdo? Zrobiłem je dla ciebie w samym sercu stogu.
Będziemy ku pamięci kosili trawę – uważając na stopy i kapelusze kurek. Na ganku zawsze czekała truskawkowa rolada, miód sączył się do kąpanych we wrzącej wodzie słoików, a chleb przypominał młyńskie koło. To wszystko powróci w sennych marzeniach; Czarek jak zwykle czeka pod zieloną furtką, wystarczy wejść na kamienie płytek, zanurzyć palce w jego czarnej, lśniącej sierści. Przymrużyłeś oczy.
Bardzo to kochałaś, pomyśl, że słomiany koziołek ma już miejsce na takiej samej półce. Wystarczy czekać, kupić czarną damkę i spoglądać od czasu do czasu w korony zielonych topoli.
Natalia Okoń
Wrocław, październik 2003
LOT – SEN PIERWSZY
-To chodnik – powiedział PanKot – chodnikowe łapanki. Zostaw tu swój bilet, jedna dziurka starczy.
– Mam trzy piędzie garściograsu – rzekłem w zamyśleniu.
– Dlatego możesz wejść. Tylko delikatnie rozchylaj kotary i nie patrz na zielone kafelki. W każdym najmniejszym lusterku można zobaczyć swoją twarz.
Minąłem korytarz i opanowała mnie biel, miękka i gęstniejąca z każdą chwilą. Dopiero dużo wielkich kroków dalej zdałem sobie sprawę, że ocieram się łokciem o matową szybę. Jej chłód zostawiał na paznokciach typowe jasnopomarańczowe wykwity. Za szkłem dostrzegłem sztuczny zagajnik, taki jakich setki ustawia się w koło, takich o dużych, zakurzonych liściach i wymiętej korze, takich ze sztucznym okiem sztucznej sowy w sztucznej dziupli. PanKot patrzył z pogardą i jadł szmacianego ptaszka. Uderzyłem głową o szybę w nadziei, ze zostawi mi chociaż kawałek. Ale on, drań, zeżarł wszystko do ostatniej cholernej fastrygi. Z zemsty odgryzłem sobie kawałek małego palca. Po drugiej stronie sztucznego zagajnika kręciła się karuzela. Dzieci obmacywały koniki z poliestru, a nieprzytomni z radości tatusiowie robili zdjęcia jak najęci. Minąłem ich potykając się o pozostawione w pośpiechu klisze i zająłem miejsce przy PraktycznieNierozwiązywalnychSzaradach. I rozwiązałem je co do jednej. Mechaniczna panienka z komiksowym dymkiem nad głową (Yes Alex, Yeeees?) chciała mi dać drinka, ale ja już byłem po drugiej stronie. Biel zrobiła się cięższa, czułem ją we wszystkich rowkach moich uszu i krajobraz zmienił się. Wszędzie fruwało pełno furkoczących spódnicami Cioć Halinek, które z zapamiętaniem pchały dziecięce wiklinowe wózki. Uśmiechały się miło, pozdrawiały machając chudymi nadgarstkami, mrugały, ale nie rozmawialiśmy. Raz tylko popróbowałem na łokciu czy mleko jest wystarczająco chłodne.
Teatr skończył się. Trawiaste gąsienice szeleściły dziesiątkami liściokończyn, a PanKot zataczał się łypiąc to prawym, to lewym okiem. Ludwina leżała na miękkiej, falującej kozetce, a z jej wąsów obficie kapała waleriana.
– Zatańczymy dzisiaj. Ty i ja. Tylko we dwoje. Uważaj, policzyłam wszystkie cukrzane kostki, a Walet Kier jest gościem honorowym. Zapinki do mankietów znajdziesz w górnej szufladzie po lewej stronie, licząc od piętnastego piętra w dół. Koronki na zębach lśnią pięknie w świetle księżyca, maść od ciebie nakłada się równomiernie i gęsto, zmarszczki są wtedy płytsze. Mam nadzieję, że jesteś po kolacji…
Dywan stłumił moje kroki kiedy wyszedłem cicho zamykając za sobą drzwi. Zapatrzyłem się na wędrowne pagórki, na niezliczoną ilość i soczystość zieleni.
Pink Shit – żachnął się PanKot obserwując mały latawiec, który nie wiedzieć czemu zawiązał się wkoło jego ogona i podlizywał serwując kanapki z kawiorem. Zapach wodorostów był coraz silniejszy. Matka odgarnęła mi włosy z czoła – Uważaj na wędrujące wydmy. Nie wchodź sam do wody. Jaki śliczny zamek z piasku, dobrze, że kupiliśmy tę piłkę. Wieczorem będą cynamonowe wafle, twój ojciec tak je lubi.
Zanurzyłem twarz w ciepłej wodzie, nie zwracając uwagi na ognistoczerwoną meduzę rozpaczliwie starającą się zwrócić na siebie uwagę i przyłożyłem policzek do piasku.
– Klasa – pochwalił PanKot – nie sądzisz, że trójkątny hula-hop jest bardzo gustowny? PanZeSzpiczastąGłową minął nas w pospiechu – omijajcie Wyspę Hula – szepnął. Gdzieś już to czytałem, ale zielonozłote luksfery nie dawały skupić myśli.
– Cudownie! Wrzasnął PanKot – wreszcie coś na moje skołatane nerwy. Tamburyn szeleścił różową ze wstydu folią, kamienie fontann oplotły mnie cicho, nie mogłem nawet rozróżnić czy znam ten labirynt. To chyba Plac Kościuszki, myślałem mijając szklane tafle. Łódki kołysały się cicho – fosa była dzisiaj bardziej zielona niż zwykle. Kołysałem się na drobnych falach, gdy nagle przypomniałem sobie – mój boże, rower został na ostatnim piętrze sądowego gmachu, a tam o tej porze zarastają już ściany… Zapadłem w czerń, czasami dobrze jest schować się przed światem, ostatecznie znowu spóźniłem się na autobus.
– Twoja babka mieszka przecież wyżej – uśmiechnął się nagle sąsiad gładząc wyleniałego bolończyka.
– Trawa jest w tym roku wyjątkowo wysoka – ukłonił się uprzejmie PanKot wręczając mojej babce tekturowe kwiaty. Babka uśmiechnęła się, oblizała swoje mięsiste uszy – Idź na strych, znajdziesz tam lufcik, potem już łatwo wydostać się na rusztowania. Minąłem ceglaną wieżę i zapikowałem w dół, na miły zielony skwerek. Na twarzy zatrzymał mi się kawał cukrowej waty, a przerażony zajściem sklepikarz w zamieszaniu połknął igłę.
– Raz się żyje – ziewnął PanKot. Arabeski sklepień zmierzyły mnie krytycznie. Ten seans wcale nie miał odbyć się w tym miejscu, znowu pomyliłem tramwaje. Ulice opustoszały, ścieżki układały się do snu. Posadzka lśniła od biało-czarnych kafelków, a manekiny prosto z paryskiego wybiegu uśmiechały się krzywo.
– Używają wszystkie tej samej szminki – zasyczał PanKot ze wzgardą.
Gondole nie pływały już o tej porze, a krokodyle zamykały oczy.
– Daj spokój – szturchnął mnie PanKot, gdy usiłowałem przejść po nich na drugą stronę chodnika. Betonowy frachtowiec wbił się z trzaskiem w wybrzeże, podmuch prawie zmiażdżył mi stopy i zacząłem zakwitać, szczególnie w okolicy kręgosłupa.
– Ostrzegam cię. Znowu nie zaliczysz sesji – zamruczał panKot.
– Tato, ja już tu kiedyś byłam, poznaję ten pagórek.
– Tak, ale to było w zimie – odparł Ojciec wymijająco, wolno żując liście mięty. I zjechał prosto w ośnieżone zarośla – te dzieci doprowadzą mnie do szału – zniknął przepraszająco kiwając ręką.
Co z tego, że byłeś na kawie skoro nie zostaniesz na herbatę – Ludwina znowu pokręciła głową z dezaprobatą, patrzyła na mój płaszcz. Trzymaj się prosto, bo ci garb wyrośnie. I zdejmij te kolorowe soczewki. I nie kupuj w lumpeksach.
– Tęcza znowu zmienia się w szalik – uśmiechnął się PanKot.
A więc miasto i jego pluszowe obłoki, pomyślałem robiąc zdjęcia. Mój aparat fotograficzny, cały z brzuchatych wiciokrzewów oparł się wymijająco o kant fasady któregoś z kościołów. Wejście było zamknięte, a Śmierć próbowała zachęcić mnie do wejścia ciepłym uściskiem dłoni. Nic z tego, szepnąłem, gdy drzwi radośnie żółtego tramwaju kolejny raz zatrzasnęły mi się przed nosem. W środku został aparat.
– A na buforze to nie łaska? – wrzasnął PanKot.
– Siedzenia zupełnie niezgodne z pasem lędźwiowo-krzyżowym – brunet BardzoPodobnyDoWłocha KtóregoMojaSiostraWidziaławWenecji przewiercił mnie bursztynową tęczówką – a ty znowu patrzysz na pozłacane rzeźby? Jechaliśmy cicho turkocząc, odganiając od oczu natrętnie pobrykujące imadła.
– Ta ulica była kiedyś krótsza, a plamy najlepiej ściera się mlekiem z dodatkiem odrobiny sody – uśmiechnęła się Ludwina.- masz już zapinki do mankietów?
Nie trzeba było nawet pociągać tęczowej dźwigni, uśmiechnięci urzędnicy świeżo i porządnie wygoleni sami strzygli puszyste zielone trawniki, kosiarki błyszczały w mętnym słoneczku.
– Dzień dobry! – zawołał PanKot; uśmiechnęli się szeroko, wszyscy mieli platynowe koronki.
Turlałem się oszołomiony matrymonialnym przebiegiem zażyłości Zielonych Parasolek.
On stał na półpiętrze, czarna sylwetka, w środku papierosowa iskra.
– Jedź lepiej windą – szepnął PanKot ze smutkiem.
– Tak, klucze znajdziesz pod wycieraczką – dopowiedziała Ludwina spuszczając głowę. Jaki ona ma piękny kark, pomyślałem lądując na sto dwudziestym piątym piętrze. – Do góry czy na dół? – owinięty w folię PękatyPortier miał guziki w kształcie ocznych gałek, rąbnąłem go więc w łeb gumowym młotkiem. Na dole był przejrzysty, ciepły mech, malachitowe skrytki pełne biedronek
– Ciało cieliste a oczy masz mgliste – prychnął bez związku PanKot, a jego wężowaty pysk wydłużył się, wypisz wymaluj pan Roman, organista. Korytarze były zapchane watą, tyle, że ktoś zostawił odkręcony kran. I oczywiście wlazłem prosto w PokójWypełnionyWodą.
To jednak nic nie znaczyło w porównaniu do stada złocistych skosmaciałych papug dopalających resztki walających się wszędzie cygar.
Opadałem wolno sterując marynarką. Suwakami w dół i w górę.
– Ciastka z cukrem czy bez? Noga podwinęła mi się na krawężniku, a spod paznokci wypadła mi śrubka, której szukałem od wielu, wielu lat.
– Opera zaczyna się o siódmej. Ciasteczka dla mamusi, lubi zagryzać między jednym ZabawnymRuchemGłowy a drugim, wiesz, że barszczyk już jej nie służy, robi się trochę nienośna, hoduje zbyt dużo jaszczurek – Ludwina chichotała, a rubiny miękko odpadały z jej ciała. Mszyce zdążyły już wejść do nogawek moich spodni, ale nogi nie były mi już potrzebne.
– Schowaj to – PanKot patrzył w kierunku mroczniejącego miasta.
– Takich rzeczy nie robi się na ulicy, bajki najlepiej opowiada się o zmierzchu, potem litery same opuszczają pokój, tak, nie mamy problemu z wynajęciem.
I znów patrzyłem na rozległe pola Fantazjany, Fuchur śmigał po roziskrzonym niebie, a Bastian kolejny raz wbił miecz w serce Atreju.
– Chryste, znowu ta dziecinada – PanKot ze złości pomalował sobie paznokcie na kolor liliowy i kupił ruskie lakierki; Aha, na wschód od Arbartu! – radośnie wywinąłem kozła i znalazłem się na własnym materacu, który na wskroś zarósł ulubionymi przez Ludwinę iglakami.
Natalia Okoń
Gifhorn, lipiec 2003r.
PELIKANY – SEN DRUGI
We włosach siedzi mi motyl, paź królowej, niesforni chłopcy zapędzili go tu brzozowymi witkami. Trzymam w ręku garść słomy, czuję jej chropowatość i chrzęstotliwość. Słoma syczy między palcami, powoli ogień ogarnia mankiety, ramiona; już pali się podbrzusze i piersi, na stopy kapią plastikowe guziki. Płomienie wiją się wokół czaszki, oczodoły zapadają w głąb, rzęsy na zawsze pozostaną przyklejone do policzków. Moje serce i płuca leżą w osobnych naczyniach, namaszczone różanym olejkiem. Setki tysięcy płatków na jedną, miękką kroplę. Odwijają moje bandaże, słyszę ich cichy, nieustający szmer, między palcami przesypują się nitki. Pragnę zwilżyć dziąsła, zdrapać z nich resztki soli. Z rozkoszą odrywam od skóry płaty zastygłego wosku. Słoma już dawno rozsypała się w proch a woda zmieniła w węża o perłowych łuskach i ostrych jak muszle zębach. Teraz stoję na kładce, wodzę dłonią po aluminiowych splotach jeziora. Zima szczypie w policzki, dzisiaj już nie dostaniemy się do miasta. Przed nami jego ciemne, połyskujące mury. Siedzimy w śniegu, staram się ogrzać dłonie, czuję miękkość twoich paznokci. Pelikany już szykują się do lotu. Zabiorą nas ze sobą w swoich różowych, skórzastych dziobach, zamieszkamy w ich ciepłych wnętrzach, będziemy czerpać z nich życie. Spokojnie patrzę jak wcierasz w skórę atrament, jak uśmiechasz się do śladów na kartce.
Natalia Okoń
Wrocław, listopad 2004 r.